Poznanskie Stowarzyszenie Karate Shotokan

Duży Obóz 1: Dzień 9 - Gorączka, Złote Kasztany i.... "koniec imperium"

Gorączka

Dzisiejszej nocy dostałem wysokiej gorączki i nie byłem w stanie uczestniczyć w porannym rozruchu. Byłem święcie przekonany, że umrę, gdy nagle przypomniało mi się, że mamy w naszym domku osiem kartonów z lekami od rodziców dla naszych dzieci i pomyślałem, że chyba nikt się nie obrazi jak podprowadzę komuś jedną tabletkę czy dwie. Gdy wszyscy rano zebrali się pod naszym domkiem, leżałem zawinięty w koc z zamkniętymi oczami i rejestrowałem uchem wszystkie rozmowy, które toczyły się na zewnątrz. Podczas 5 minut słowo „sensei” padło 128 razy: „Sensei! A sensei wie…?”, „Sensei, a dostaniemy jutro telefony?”, „Niech sensei przyjdzie!”, „Sensei, a w naszym domku dziewczyny myją zęby zmiotką”, „A pożyczy sensei stówę?”…

Omamy

Najgorsze było jednak to, że już z samego rana stałem się główną atrakcją dnia dzisiejszego. Gdy po obozie rozeszła się wieść, że dopadła mnie choroba, wszyscy zebrali się u nas na tarasie aby zobaczyć moje zwłoki przez okno (ci bardziej bezpośredni otwierali nasze drzwi i wchodzili, żeby zobaczyć mnie z bliska i zacierali ręce). Nie byłem pewny, czy były to omamy wywołane wysoką gorączką czy działo się to faktycznie ale ujrzałem Adama z garnkiem z wodą, który krzycząc „Ave Maria” zaczął święcić wszystkich chochlą. Byłem przekonany, że wejdzie za chwilę do mojego domku i udzieli mi ostatniego namaszczenia, jednak nic takiego nie miało miejsca.

Oczywiście w pewnym momencie musiałem wstać z łóżka czując na sobie wzrok pięćdziesięciu osób. Słyszałem tylko komentarze w stylu: „ A sensei Miki jest w samych gaciach!”…No tak! Bo przecież powinienem kłaść się spać w spodniach i marynarce z koszulą i z krawatem. ( W sumie, biorąc pod uwagę mój stan zdrowia, to gdybym do tego kompletu miał na sobie jeszcze buty z tektury to wszystko by się zgadzało)

Po śniadaniu udałem się do pielęgniarki. Poradziłem sobie samemu własnymi sposobami z gorączką jednak, co ciekawe, podczas rutynowego obchodu okazało się, że halucynacje nie ustąpiły. To, że pranie powinno wisieć wiadomo nie od dziś, jednak nie sądziłem, że ktoś może potraktować to tak dosłownie, żeby podwiesić je razem z suszarką do dachu. Tak samo dawniej, gdy rodzice mówili mi, abym ubrał świeże ciuchy, nie pomyślałbym, że powinienem szukać ich w lodówce. Zmroziło mnie to, jednak buty przywieszone do lampy były już dla mnie wyższym stanem świadomości.

Szukanie skarbu

Po obiedzie miała miejsce jeszcze jedna zabawna sytuacja podczas „wyprawy po skarb”. Drużyny otrzymały podpowiedzi, gdzie szukać literek pochowanych po całym ośrodku, które po ułożeniu utworzyć miały hasło będące wskazówką do miejsca odnalezienia skarbu. Skarb schowany został w samochodzie senseia Koksa, dlatego hasło brzmiało „WÓZ ALE NA KOKS”. Niestety jedna z ekip ułożyła hasło „ WÓZ NA KASKE” i szukała taksówek po całym ośrodku. Rozwiązania „WÓZ NA KOKOSY”, „WÓZ ALE NA SKOS”, „WÓZ ALE NA KOSY” też wprowadziły sporo zamieszania ale wszyscy szybko zorientowali się, że to nie ma większego sensu.
Skarbem znajdującym się w bagażniku samochodu okazały się być koszulki klubowe. Po ich rozdaniu, zjedzeniu kolacji i toalecie wieczornej wszyscy zebraliśmy się na pożegnalnym ognisku.

Złote Kasztany - o nominacjach słów kilka

Na dzień jutrzejszy zaplanowana została jeszcze projekcja filmu krótkometrażowego „Ciężka dola i zgon instruktora” oraz coroczny plebiscyt „ZŁOTY KASZTAN”. W poprzednich edycjach przyznane zostały nagrody dla „największego szuszwola”, „największego brynkota”, „najlepszego pilota”, „największej męczybuły”, ”największego kabela”.

W tym roku przewidziane zostały nagrody dla „największego laczka” (za wrzucenie własnego klapka na dach domku), ”największego pantoflarza”, „największego ochleja”, „największego nadajnika” (dla osoby, którą nieustannie gdzieś słychać), „wodnej boi” (dla osoby, która zawsze boi się wchodzić do jeziora), „drak queen”(dla osoby robiącej zawsze największą drakę o nic) oraz najlepszy koszykarz (dla najlepiej rzucającej <facetów> dziewczyny).

Jako podsumowanie wszystkich dni spędzonych tutaj pozwolę sobie przytoczyć zdanie Eryka smażącego kiełbaskę i wpatrującego się w ogień:
„No… i tak kończyło każde imperium”.

PS.
Dla rodziców czytających nasze relacje, którzy przyzwyczaili się już do naszego poczucia humoru wyślemy wkrótce link do wspomnianego filmu krótkometrażowego wraz z krótkim komentarzem.
Ale prosimy jeszcze o chwilkę cierpliwości 

 

Galeria zdjęć 

Newsletter

Wpisz swoje dane aby być na bieżąco z wydarzeniami w klubie!